RSS
 

smutna prawda

02 lip

to kolejny już tydzień z rzędu, kiedy działasz tym samym schematem – nasze starania, Twoje warczenie, odwalanie cyrku, kac moralny i chwila, bardzo krótka zresztą, względnej współpracy, zapewnienia i miłe gesty, a potem znów bunt i darcie rozwydrzonej głodem alkoholowym  mordy. nie masz już twarzy.

szukanie pracy, bajki o przyszłym biznesie znam już na pamięć. to typowe, kiedy zaczynasz żyć swoim rytmem, wypierając prawdę. ulotna chwila szczerości minęła. znów grasz nie fair i robisz wszystko, żeby nas przechytrzyć. ciągle wierzysz, że stare schematy zadziałają, przynajmniej na ojca, bo cale swoje życie  okręcałeś go wokół palca i myślisz, że nadal to możesz robić. złudne nadzieje. już dawno przegapiłeś moment zmiany świadomości swojej rodziny.

zrobiłam wszystko, żeby udowodnić Ci, jak wielki masz problem. trochę mi zeszło, ale mam sumienie czyste. zrobiłam wszystko, żeby próbować Cę z tego absurdu wyprowadzić i nawet, jak koniec końców wrócisz do chlania i skończysz jako menel i/lub się zapijesz, to z mojej strony każda próba została podjęta.

pytałeś nieraz, jak to się dzieje, że przy całym moim freestyle’u, jestem tak wyprostowana. odpowiedź jest prosta – upadałam wielokrotnie. to świadomość swoich słabości każdego dnia składa mnie na nowo.

sama kiedyś miałam romans z alko. wciąga bardzo i kołysze w objęciach lepiej niż najlepszy kochanek. utula wszystkie smutki sprawniej niż matczyne ramiona. akurat miałam deficyt jednego i drugiego, wiec z błogą radością biegłam na spotkanie z nim każdego wieczoru. a potem, jak to w przypadku toksycznych związków, zaczęłam przekraczać ustalone granice. fachowe określenie – picie ryzykowne. miałam szczęście – dużo wiedzy, nie tylko książkowej, doświadczenia DDA i treningi, przygotowujące do pomocy innym, uwięzionym w jego uścisku zrobiły swoje. niemniej jednak mam się czego wstydzić. choć nigdy nie wypadłam przy tym ani z roli matki, ani z roli profesjonalisty, to nieraz gubiłam swoje człowieczeństwo.

nie wszyscy mają możliwość podnieść się sami. ale wszyscy zasługują na pomoc w tej walce. na nasze nieszczęście obdarzeni zostaliśmy wolną wolą, którą alkoholizm odbiera i utrudnia nam skutecznie świadome wybory. nie raz zatracałam godność osobistą. nie wszystkich miałam okazję przeprosić za moje dołowanie. nie wszystkim przyznałam się do nadużywania. dziś alkohol spijam ostrożnie, bo brzydzę się tego rozmytego stworzenia, jakim mnie czyni. doskonale wiem, z czym się wiąże taniec w jego chwytnych ramionach. dlatego, jeżeli trzeba powalczyć razem z kimś o odzyskanie samego siebie, to nigdy nie waham się tego robić.

zdaje się, że faktycznie urosłam w sobie. wiec grzechem byłoby – z całym ciężarem własnych i cudzych doświadczeń, z wiedzą wyuczoną, wpojoną, bądź nabytą oraz tym wszystkim, co mnie nie zabiło a dodało sił – gdybym przeszła obok Ciebie obojętnie. głęboko wierzę, że trzeba płacić cenę za swoje błędy i kiedy już raz się człowiek w sobie odnajdzie, to zobowiązaniem wobec świata jest być kołem ratunkowym dla tych, którzy jeszcze toną.

tylko, w przeciwieństwie do tonących, z alkoholizmu na siłę nie da się nikogo wyciągnąć. a Ty najzwyczajniej w świecie tego nie chcesz. nie dbasz o nic, prócz swojej potrzeby zaspokojenia głodu alkoholowego i wiecznej potrzeby zabawy. masz już trzydzieści lat na karku i chcesz być traktowany jak dorosły, jednak zachowujesz się, jak przerośnięty nastolatek, który wykorzystuje wszystko i wszystkich, by mieć wolna rękę do zabawy. nawet własną córkę traktujesz, jak narzędzie do tego, by się zbliżyć choć na chwilę do plastykowej lalki, kiedyś wiernej partnerki w tej wiecznej balandze, bo właśnie za tym tęsknisz. nie za związkiem, domem i rodziną, tylko za możliwością bezproblemowej zabawy na czyjś koszt. ojcem jeszcze niestety nigdy nie byłeś i póki co, nadal do tego ojcostwa nie dorosłeś.

jeżeli się uprzesz, to trzeba będzie pozwolić Ci się stoczyć. czy to jest ten czas – nie wiem. w swojej naiwności i wierze w pozytywne instynkty człowieka ciągle miałam przekonanie, że można Ci jeszcze pomóc. ale czy ta wiara nie była ślepa? na to pytanie nie odważę się odpowiedzieć. za dużo widziałam, by móc kategorycznie to stwierdzić. ludzie wychodzili z nałogu, ludzie się zapijali na śmierć, niektórzy nawet po latach abstynencji. może jednak powinniśmy odpuścić, bo póki możesz na nas liczyć, nigdy sam nie dojdziesz do pełnej świadomości swojego problemu. za długo Ci się udawało wykorzystywać dobrą wolę i naiwność ludzi, którzy zawsze okazywali Ci pomoc, you lucky bastard!

w ostatecznym rozrachunku, to Ty musisz wziąć odpowiedzialność za swoje życie i to Ty musisz zapłacić za wszystko, co swoim zgubnym działaniem zrobiłeś. jesteś recydywistą, który już nie dba o dobre imię, czy godność własną, co konsekwentnie nam udowadniasz swoimi działaniami.

mam dość Twoich parszywych zachowań. radź sobie sam. palcem nie ruszę, żeby Ci pomóc posprzątać cały ten syf, jaki po sobie zostawiłeś tu na wyspie. wolę żebyś zgnił w więzieniu, gdzie zdaje się zdążyłeś się już zadomowić, niż w kostnicy. nie chcę już patrzeć na Ciebie oszczanego i obrzydliwie śmierdzącego do granic możliwości, z zapuchniętą od chlania mordą i białą gorączką na spierzchniętych ustach.

przykro mi, że to mnie przypadł w udziale ten niewdzięczny pseudo zaszczyt uświadamiania Ci smutnej prawdy o sobie samym, ale ciągle wierzę, że każdy może wyjść z nałogu, jeżeli tego naprawdę chce i uczciwie podchodzi do tego złożonego problemu. chciałabym móc widzieć to inaczej, ale na dzień dzisiejszy wiem, że nie chcesz się leczyć. jedyne, czego chcesz w tym momencie, to święty spokój i fura pieniędzy, żebyś mógł pożyć po swojemu. najlepiej w londyńskich klubach, przy pełnym szkle i asortymencie środków odurzających do wyboru.

nie mam najmniejszego zamiaru oszczędzać Ci smutnych faktów, czy skakać koło ciebie lub chodzić na palcach rozkapryszony gówniarzu. topisz się w przerośniętej miłości własnej, zamkniętej w grubym dnie butelki, bo tylko wtedy jesteś w stanie tolerować swoją wykrzywioną przez alko twarz. zachowujesz się jak zwierzę. jesteś karykaturą samego siebie. nie żyjesz w teraźniejszości. albo przekoloryzowujesz przeszłość, albo rozmywasz się w  wizjach o swojej wyimaginowanej przyszłości. nie żyjąc tu i teraz, nie żyjesz naprawdę. podobno chcesz odzyskać swoje życie. utopiłeś je w oszustwach, alkoholu i wiecznej ściemie pierdolony egoisto. jeżeli nieprawdę chciałbyś coś zmienić, musiałbyś zacząć żyć od nowa. na trzeźwo.

nie chciałabym, żebyś zatracił swoje życie całkowicie i to przez własną głupotę, tym bardziej, że Twoje kalectwo umysłowe afektuje tylu ludzi po drodze. a z drugiej strony wiem, że nie ma wyjścia i trzeba odpuścić, pozwolić Ci się upodlić na własne żądanie. może to będzie jedyna szansa żebyś w końcu zmądrzał. szkoda, że tak szybko zacząłeś ten szalony taniec, bo sędziwego wieku świadomego alkoholika możesz nie dotrwać niestety. nie te czasy, nie tym tempem.

przepraszam, jeżeli urażam wrażliwość zaglądających do tej mojej cyberprzestrzeni, ale wyjebane mam w tym momencie na elegancję, kulturę słowa, obyczajowość, poprawność polityczną i wszystkie mądre książki terapeutyczne.

szkolono mnie, że alkoholizm, to choroba duszy. zaczynam powątpiewać, bo Ty jesteś wzorcowym alkoholikiem, a  przecież jesteś bezduszną hieną, padlinożernym pasożytem. dla takich jak Ty alkoholizm jest wybranym stylem życia, kolejnym pretekstem do tego, żeby żerować na innych i bawić się przy tym doskonale, nie dając nic od siebie. złodziejem i kombinatorem byleś jeszcze zanim wybrałeś picie. tym, że sobie nie radzisz z chlaniem zasłaniasz się tylko, jak już nie masz kasy i dachu nad głową albo jak trzeba stawić czoła faktom po baletach. jak ktoś szczerze chce się zmienić, to po prostu to robi, bez łaski i skamlania, jak zaczyna boleć.

smutne to okropnie. wyparcie i granie na zwłokę. znów według Twoich chorych zasad, ale trudno. wydaje Ci się, że znów rozdajesz karty. wróciłeś do domu, bo musiałeś, nie dlatego ze chciałeś, bo nie masz nic prócz ojcowskiej gościnności. za moment znowu pokażesz prawdziwe, zachlane oblicze.

pojawiłeś się znikąd. zagubiony, opuszczony i samotny w swoim upadku. potraktowałam Cię, jak swojego przyjaciela. podzieliłam się z Tobą kawałkiem własnej tułaczej przestrzeni, cygańskim życiem i śpiewną wolnością. podzieliłam się z Tobą też kawałkiem duszy. teraz brzydzę się tym, co sobą prezentujesz i jak żerujesz na emocjach bliskich. ja już nic dla Ciebie nie mam. ani czasu, ani cierpliwości, ani współczucia, ani zrozumienia, ani żadnego wytłumaczenia. jesteś niebezpiecznym dla siebie i otoczenia toksycznym pasożytem.

jesteś zdany sam na siebie pieprzony cwaniaku. dzięki bogu zabawa w wolontariat mi się właśnie znudziła.

polecam MELANIE MARTINEZ Toxic

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii listy do N.N.

 

Dodaj komentarz